Miłość czy nienawiść
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 01 2011 11:03:35
~*~



Powoli wsunął się do salonu. Stąd dobiegały te boskie dźwięki. Rozejrzał się jednak nikogo nie zauważył. Dopiero po dokładniejszych oględzinach dostrzegł siedzącego przy komiku chłopca. To on grał. Był bardzo smukły, miał kruczoczarne włos, bardzo pasujące zarówno do jego ubioru jak i skrzypiec, wyglądających na bardzo drogie. Oczy miał piękne, niebieskie, ale zarazem dziwnie odległe. Zastanawiał się przez chwile skąd się wzięło to dziwne uczucie, gdy nagle uświadomił sobie, że te oczy nie widzą, z zarazem widzą. Chłopiec na wózku patrzył w jeden nieokreślony punkt przestrzeni, ale Kain wiedział, że on widzi, to czego ludzki umysł nigdy nie pojmie. Postawił krok w jego kierunku, gdy nagle boska melodia urwała się i rozległ się głos chłopca: tak dziwny i nieosiągalny jak jego oczy.
-Kto tu jest? - ton miał stanowczy, lecz także lekko przerażony.
-Nic... ja tylko... do pracy - wyjąkał Kain kiedy niebieskie oczy spotkały się z jego piwnymi.
-Aha... - dzieciak się uspokoił. - Pan jest Kain Novelance, czyż nie? - zapytał grzecznie uśmiechając się lekko. -Aha... - potwierdził. - Pan...
-Jestem Lawrence... Lawrence De La Moure. - przedstawił się wyciągając smukłą, białą jak u trupa rękę.
-Miło mi... - wyjąkał Kain ściskając dłoń. Może dlatego, że ręce miał zagrzane, ale dłonie chłopca zdawały się być bardzo zimne.
-I jesteś... - zaczął kolejne pytanie Kain
-Rozmawiał pan z moim tatą. - odpowiedział na niedokończone pytanie Lawrence'a.
-Dobrze... w taki razie powinienem się to ciebie zwracać per paniczu, tak? - zapytał uprzejmie i lekko skinął jasnowłosą głową.
-Niekoniecznie. Nie lubię tego - odparł chłopiec. Po tych słowach zapadła cisza. Czarnowłosy chłopiec znowu sięgnął po czarne skrzypce. W świetle kominka Kain ujrzał, że są bardzo stare. Czarny lakier zdzierał się powoli ukazując ciemne drewno. Z pod palców młodego artysty popłynęła fala dźwięków tworzących spójną całość, zwaną Czterema Porami Roku. Kain niejednokrotnie słyszał tę melodie, ale teraz brzmiała jakoś inaczej. Była głębsza, więcej wyrażała. 'Niech się nigdy nie kończy' pomyślał Kain. Tak bardzo pragnął wiecznie słuchać tej muzyki... Zawsze i wszędzie. Gdy jednak muzyka ucichła dziwne uczucie, pragnienia, niepohamowanej żądzy znikło niemalże od razu. Zaklaskał cicho.
-Bardzo ładnie grasz... - powiedział, a jego własny głos wydawał mu się dziwnie obcy.
-Dziękuję. - odparł chłopiec po raz kolejny kładąc smyczek na strunie. - Aha... tata powiedział, ze jak pan przyjdzie to wypadałoby zrobić porządki. - zaśmiał się cicho widząc zawiedzioną minę Kaina. - Niech się pan nie boi, nie jesteśmy bałaganiarzami.
-Bądźmy na ty. - zaproponował Kain
-Dobrze. - zgodził się chłopiec i zaczął grać, tym razem jakąś mało znaną sonatę. Kain nie miał ochoty odchodzić, ale musiał. Na szczęście mollowe tony utworu roznosiły się po całym zamku. 'Chcę go mieć' taka myśl przebiegła Kainowi przez głowę, jednak nie dostatecznie szybko by o niej zapomniał. 'Kain, co się z tobą dzieje?' - pytał sam siebie w myślach. Taki kobieciarz jak ja nie powinien się interesować chłopcami. To chore i zboczone - powtarzał sobie myjąc naczynia. Jednak im dłużej grał chłopiec tym bardziej chciał poczuć ciepło jego skóry, delikatnie muskać jego czarne loki, gładzić delikatne policzki, dotykać gładkiej skóry na torsie, brzuchu, biodrach... spróbował odpędzić te myśli jednak nie umiał. Ta muzyka była silniejsza od jego woli. Na Boga przecież to tylko kilka pociągnięć smyczkiem! Tylko? Czy może, aż? To nie był zwykły instrument, to nie był zwykły smyczek, to nawet nie był zwykły chłopiec. Coś w nim było. Mimo, że siedział bezwładnie na wózku, nie widział, zdawał się być bardziej żywy od niego. Ale czy aby żywy. Nadal pod palcami czuł delikatną, dziwnie lodowatą dłoń chłopca. Wszystko sobie ubzdurałeś Kain! - skarcił sam siebie. Przecież on jest w 100% żywy. Jest tak normalny jak ty. Po prostu jest uzdolniony. Bóg dał mu taki talent, tak jak tobie dał do gry w nogę. A może, to nie Bóg dał mu ten dar? Może to szatan? Jakby na potwierdzenie tych myśli w domu rozległy się dźwięki utworu Devill's Trill. Kain słyszał o nim wiele, ale nigdy nie wierzył w to, że ten utwór może zagrać tylko ktoś opętany. Teraz jednak ta wiara zagościła w jego sercu jak cierń. Chociaż z drugiej strony... czy ktoś tak boski może być opętany? Przed oczami stanął mu obraz pary błękitnych ślepi. Te oczy nie są przeklęte. One są błogosławione. Tak czyste, tak niewinne... Nie mogą być potępione. Więc dlaczego myślał o chłopcu z takim niepokojem całą noc, nie mrużąc oczu? Jutro znowu go zobaczę, myślał. Znowu dotknę tych dłoni, znowu ujrzę te oczy, znowu usłyszę tę muzykę... Zatopiony we wspaniałych marzeniach, nawet nie zauważył, kiedy zasnął...


~*~



Powoli wsunął się do domu. Tak... ta muzyka. Była wspaniała, idealna. Teraz chłopiec grał fragment ścieżki dźwiękowej z pewnego serialu. Sadame. Ten utwór zawsze wzbudzał w nim refleksje i niejednokrotnie prosił Alicję, żeby spróbowała zagrać. Mimo jej mistrzowskich umiejętności utwór ten w wykonaniu na pojedynczy instrument nie brzmiał tak wspaniale, lecz teraz... Zapomniał całkowicie o świecie. Zaczął się unosić ku niebu. Ta muzyka. Była tak wspaniała... Kiedy jednak zabrzmiała ostatnia nuta poczuł jak gwałtownie opada. I w jednej sekundzie całym sercem znienawidził tego, kto przerwał to błogosławieństwo. Jednak gdy wszedł do salonu gdzie, jak zawsze przy komiku siedział czarnowłosy anioł, uśmiechający się rozkosznie cała nienawiść od razu przeszła. Kocham go... pomyślał. Naprawdę go kocham. Zbliżył się chłopca i powitał go uściskiem ręki. Nie, nie była zimna. To dobrze. Trup nie umiałby kochać, a tak jest możliwość, że go pokocha. Może kiedyś.
-Kainie, możesz puścić me rękę? - usłyszał jakby z oddali delikatny głos chłopca. Dopiero zdał sobie sprawę z tego, że trzyma od jakiś pięciu minut delikatną dłoń.
-Och... - zarumienił się puszczając chłopca - Przepraszam, zagapiłem się - zaczął się tłumaczyć.
-Oczywiście, nie ma sprawy - Lawrence obdarzył go promiennym uśmiechem. Kain po raz kolejny się zarumienił. Bliskość tego chłopca była niezwykła. Nigdy się tak nie czuł w towarzystwie ładnej kobiety, nawet w towarzystwie Alicji, w której od dawna skrycie się kochał. Poczuł mrowienie na plecach. To było bardzo miłe uczucie, ale wiedział, co zwiastuje. Jak najszybciej wyszedł w pokoju zabierając się za porządki. Co się ze mną dzieje? Znam chłopca od dwóch dni i już za nim szaleję? To pewnie szczeniacka miłość... nie... to tylko zauroczenie... przejdzie. Próbował się uspokoić, ale nic mu nie wychodziło. Ta muzyka płynąca z salonu, ona unosiła go do nieba. To były granice ludzkiej wyobrazi. Tak wspaniałego uczucia nigdy nie zaznała żadna istota ludzka... Ale za każdym razem, gdy muzyka się kończyła opadał boleśnie na ziemię. Tak nie może być... Musze go mieć tylko dla siebie. TYLKO. I tę muzykę też.
Nocą nie mógł zasnąć. Potrzebował tej muzyki. Potrzebował tego ciepłego uśmiechu. Potrzebował pocieszenia... Bo dziś w domu też wybuchła awantura. Ojciec znowu wrócił pijany... Pobił matkę, Alex'e. Potem zabrał się za niego. Strasznie bolały go plecy. Potrzebuję cię Lawrence. Potrzebuję cię jak wody i powietrza. Podniósł się i sięgnął po spodnie. Błyskawicznie się ubrał i skierował ku drzwiom. Było cicho, co znaczyło, że rodzice na pewno już śpią. Nie przewidział tylko jednego...
-Gdzie idziesz braciszku? - usłyszał cichy głosik siostrzyczki. Stała w drzwiach od kuchni ubrana w swoją różową piżamkę. Pod pachą trzymała Pana Misia. Wyglądała jak dziecko z Trzeciego Świata, pobita i brudna.
-Ja...do kolegi - powiedział błyskawicznie i już miał wychodzić kiedy dziewczynka odezwała się ponownie.
-Nieprawda. Kłamiesz.
-Ale jak... no coś ty! - zaprzeczył beztrosko nieco jednak przerażony, że Alexa wie o tym co czuje do Lawrence'a.
-Widzę po twoich oczach, że nie mówisz prawdy - powiedziała dziewczynka smutnym tonem.
-Ech... no dobrze, nie pójdę, widzę, że tego nie chcesz - Kain ustąpił i wziął siostrę na ręce. - Posiedzę, z tobą chcesz? - zaproponował.
-Yhy. - potwierdziła z uśmiechem - Pokaże ci moje rysunki, dobrze? - nie mógł odmówić. Jej oczy były tak niewinne, tak niebieskie. Nieprzytomnie przewracał kartki raz po raz myśląc o Lawrence'ie. Kochany... już za kilka godzin będę przy tobie... może nawet uda mi się... Nie! O czym ty myślisz Kain! Nie możesz wejść do łóżka innemu facetowi! Za kogo cię wtedy wezmą ludzie? Ale przecież tego się nie wyczytuje z twarzy. Wszystko będzie w porządku. Tylko, żeby on się zgodził... Zgodzi się... a jak nie...


~*~



Kolejnego dnia w rezydencji państwa De La Moure, przywitały go dźwięki jakiejś smutnej sonaty. Bardzo przygnębiająca, zarazem zionęła pewnym rodzajem nadziei, jakby ktoś wylewał łzy jednocześnie się pocieszając. Zajrzał do salonu, gdzie jak zawsze przy kominku siedział Lawrence. Miał jakiś taki nieobecny wyraz twarzy, był smutny, ale skrzypce brzmiały jak zawsze.
-Lawrence? - zaczął cicho. Chłopiec nawet nie podniósł głowy. Był wyraźnie czymś przygnębiony. - Coś się stało? - zapytał chłopca łapiąc go za brodę i podnosząc głowę.
-Nie... nic... tylko, że... - Lawrence urwał jakby nie chciał o tym mówić. - Mama dziś umarła... - dopiero po tych słowach Kain uświadomił sobie, iż nigdy nie widział matki Lawrence'a. Ojca owszem, ale na terenie domu jedynymi kobietami były kucharki. Biedny dzieciak... Ma dopiero 14 lat i już stracił matkę.
-Nie martw się... - spróbował pocieszyć przyjaciela Kain.
-Yhy... Kain co się stało? - zapytał przerażony widząc na twarzy opiekuna siniaki i zaschnięta krew.
-Nic... po prostu... mój ojciec jest alkoholikiem - wyjaśnił rumieniąc się lekko. Nie lubił wyciągać tego, co naprawdę dzieje się w jego domu. Wstydził się ojca i tego co robił.
-Ojej... - jęknął cicho czarnowłosy chłopiec - To może na noc zostaniesz u mnie? - zaproponował uśmiechając się ciepło.
-Pewnie! - na takie pytanie Kain czekał odkąd ujrzał Lawrence'a pierwszy raz. Wreszcie spędzi z nim noc w jednym domu. Wreszcie będzie mógł nocą czuć ciepło jego delikatnego ciała, podziać go w świetle księżyca... Ach! Cóż to będzie za piękna noc! Tak piękna jak żadna inna wcześniej... Nucąc cicho pod nosem zaczął sprzątać. Wyjątkowo szybko mu to tym razem poszło. Przynajmniej tak mu się zdawało, ponieważ gdy odstawiał odkurzacz było całkowicie ciemno. Błyskawicznie skierował się ku schodom, do pokoju Lawrence'a. Chłopiec leżał w łóżku przebrany w rozkoszną niebieską piżamkę z falbankami. Po plecach Kaina przebiegł dreszcz podniecenia. Nie mógł dłużej czekać. Zbliżył się do łóżka, kiedy nagle odezwał się Lawrence. Jednak z jego ust nie popłynęły te słowa o jakich marzył Kain
-Przyszedłeś po pościel? Leży tam w kącie - pokazał smukłym palcem w kąt gdzie leżała wielka biała kołdra, różowa poduszka i milutki śpiwór. - Rozłóż się gdzieś na podłodze, ja już idę spać. - po czym przewrócił się na bok i zamknął oczy.
Kain nie był zadowolony. Wolałby spać z Lawrence'em. Rozłożył posłanie i leżał przez dłuższą chwilę. Nie mógł spać wiedząc, że koło niego leży miłość jego życia. Powoli wstał i sprawdził czy Lawrence śpi. Jak najciszej mógł zbliżył się do łóżka. Chłopiec nawet nie drgnął co sugerowało, że w istocie spał. Ściągnął spodnie i ułożył się wygodnie koło czarnowłosego. Ten drgnął i podniósł głowę.
-Kto tu jest? - zapytał lekko przerażonym szeptem. Kain położył mu dłoń na ustach.
-Cicho - nakazał. Chłopiec był niezwykle przerażony. Niewidzące oczy, teraz wielkie jak talerze były zwrócone na twarz przyjaciela. Gdyby Lawrence miał możliwość mówienia zapewne by krzyczał, ale dłoń Kaina blokowała dźwięk, który zostawał w krtani. Czarnowłosy nie panował nad sobą. Powoli zaczął ściągać z przyjaciela piżamę przez co przerażenie dziecka wzrosło.
-Kocham cię... - mruknął Kain muskając ustami gładki tors chłopca. Był w niebie rozkoszy, nigdy nie czuł się tak wspaniale. Wreszcie miał blisko siebie tego małego demona. Boskiego skrzypka. Swojego Anioła... - Tak bardzo... - ustami zjeżdżał coraz niżej. Teraz pieścił dłońmi i ustami płaski brzuch chłopca. Zeszedł niżej. Dłońmi dotykał już bioder chłopca. Zaczął zsuwać spodnie chłopca. Ten zaczął machać i tłuc rękami, lecz o wiele większy Kain bez trudu je unieruchomił. - Kocham cię mały... - język blondyna zaczął delikatnie pieścić jądra i penis chłopca. Lawrence zaczął jęczeć, ni to z bólu, ni z rozkoszy, lecz chyba raczej przez to pierwsze, bo zęby i paznokcie przyjaciela zostawiły liczne, krwiste ślady. - A teraz, mój mały aniołku... - zaczął Kain chrapliwym szeptem, odwracając zarazem czarnowłosego skrzypka na brzuch. - poczujesz się jak w raju... - dokończył jednocześnie bardzo brutalnie wchodząc do chłopca. Wbrew dłoni leżącej na jego ustach krzyknął, bardzo cicho, ale krzyknął. - Nie krzycz, kochanie - powiedział uspakajającym głosem Kain ruszając się tak, żeby młody artysta poczuł go w sobie z całą mocą. Objął go rękami szeptając czułe słowa do ucha chłopca. Lawrence nie słyszał, a może nie chciał słyszeć tych rzeczy. Zbyt bardzo dręczył go ból powstały w skutek tego drapieżnego wejścia. Chciał umrzeć, tak bardzo tego pragnął. Ruszył ręką w stronę szafki, na której leżał nóż myśliwski. Na ślepo próbował trafić, W końcu w dłoni poczuł skórzaną rękojeść. Podniósł nóż. Kain nic nie mówił, co zapewne znaczyło, że nie zauważył narzędzia w ręku Lawrence'a.
-Ka... Kain... Myślałem... że... jesteśmy... przy...przyjaciółmi... - wydyszał dławiąc się łzami. Nie panował nad siebie. Kain był jego jedynym przyjacielem jakiego kiedykolwiek miał, a on... on go traktuje jak dziwkę. - Jeśli... jeśli jednak nie jesteśmy... to ja... ja nie chcę... nie chcę żyć... - po tych słowach wbił sobie nóż między żebra. Popłynęła krew. Widząc to Kain powoli odsunął się od niego z początku nie rozumiejąc, co się stało. Kiedy wreszcie go olśniło było za późno. Położył rękę na szyi chłopca, jednak puls był niewyczuwalny. Nie mógł krzyczeć, nie mógł płakać. Chciał umrzeć, przestać istnieć, lecz jednocześnie chciał być z nim. W innym świecie. W raju. Niewiele myśląc wyciągnął nóż z martwej ręki nóż.
-Wybacz Lawrence. Wybacz Boże. - wbił nóż w serce, jednocześnie powoli topiąc się z morzu własnych łez...


THE END