Gold and diamond 2
Dodane przez Aquarius dnia Lutego 23 2013 12:00:58


Trzy mieszkania przed tym, w którym mieszkał, gdy zatrudniło go MI6, Q bytował w ciemnym, obskurnym miejscu znajdującym się na kompletnym zadupiu, z dala od czegokolwiek, co warto by było zobaczyć. To właśnie tam, pewnego deszczowego, listopadowego dnia, Silva pojawił się bez zapowiedzi. Q nie widział go on miesięcy, a co ważniejsze, nie miał pojęcia, że Silva wie, gdzie on właściwie mieszka. Gdy zaczął go naciskać w tej sprawie, Silva po prostu powiedział:
- Wiem, gdzie mieszka każdy.
Q był przeziębiony, leżał na starej, dziurawej, zielonej kanapie, owinięty kilka koców, podczas gdy Silva spacerował leniwie po jego mieszkaniu. Chłopak nadal nie był pewien celu tej wizyty.
- Denerwujesz mnie – powiedział w końcu. – Jeśli tak rozpiera cię energia, ugotuj mi zupy, czy coś.
Silva wrócił z korytarza, a może z jego sypialni z powrotem do pokoju i wreszcie na niego spojrzał.
- Powinieneś być zdenerwowany. Ja jestem.
- Dlaczego?
- Muszę ci coś powiedzieć.
To było niepokojące. Q przesunął nogi bardziej pod siebie. Nie mogło się zdarzyć nic dobrego, jeśli Silva się denerwował. Czy on kiedykolwiek denerwował się w życiu przed tą chwilą?
- Co się stało?
Silva nadal patrzył na niego z góry. Splótł ręce za plecami, zastanawiał się, jak zacząć.
- Udało mi się sprawić, że MI6 stało się zainteresowane tobą. Myślą, że sami na to wpadli – urwał. – Zaproponują ci posadę. Prawdopodobnie kwatermistrza.
Q zamrugał, oszołomiony.
- Ale… ale ja nigdy nie miałem prawdziwej pracy, żywię się zupkami w proszku i spędzam większość czasu grając w gry wideo i… i przez całe swoje życie nie zrobiłem nic godnego uwagi.
Z tych samych powodów ciągle się zastanawiał, czemu Silva się w ogóle nim zainteresował. Jak on, prawdopodobnie najbardziej żenujący człowiek na świecie mógł wejść w tak intymną relację z tak fantastycznym, genialnym, brutalnym, namiętnym psychopatą? Silva był kimś. Wydawał się być milionerem, a Q miał siedemnaście funtów i nawet nie był w samolocie, odkąd wrócił z Szanghaju i prawdopodobnie już nigdy jego noga na żadnym nie postanie. Silva był bossem czarnego rynku, handlarzem narkotyków, przemytnikiem, hakerem, kłamcą i złodziejem. Sam nie musiał robić nic, prócz zarządzania z komputera w jakiejś tajnej kryjówce, i czerpał z tego ogromne zyski. Był nietykalny, niemożliwy do znalezienia. Nie mogłeś go zobaczyć, chyba że sam chciał zostać zobaczony. A jednak w ten deszczowy, listopadowy dzień przybył do mieszkania Q. I wszystko, co chciał zrobić, to porozmawiać z nim.
- Ale jesteś utalentowany, i to dla nich ważne – powiedział Silva.
- Być może lepiej sobie radzę z komputerami niż większość ludzi, ale są lepsi ode mnie. Jest wielu innych, równie zdolnych jak ja. Czemu mieliby chcieć mnie?
- Ponieważ nie wiedzą o nikim innym. Wiedzą tylko o tobie.
- Ponieważ powiedziałeś im o mnie.
- Tak. Ale oni o tym nie wiedzą. Myślą, że sami cię znaleźli. Prawdopodobnie niedługo będą chcieli się z tobą spotkać.
Q skrzywił się do niego.
- Co dokładnie jest twoim celem? Spędziłeś godziny, dni, miesiące, opowiadając mi o twojej przeszłości w MI6. Nienawidzisz ich. Chcesz, aby cierpieli, jak ty cierpiałeś. Czemu więc chcesz wsadzić mnie pomiędzy nich? – Gdy tylko Q zadał to pytanie, nagle odpowiedz wydała mu się jasna. – Chcesz mieć z tego korzyści.
- Nie będę kłamał. Tak, chcę mieć z tego korzyści. Nigdy nie przypuszczałem, że będę mieć takie szczęście, że będę mógł wysłać do nich swojego człowieka.
- A co ja będę z tego miał? – Co za ironia, pytać o coś takiego kryminalistę, wiedząc dobrze, że z tego mogą wyniknąć tylko nadzwyczajne kłopoty.
- Mnóstwo pieniędzy. Stały dochód. Bezpieczeństwo, ochronę. Rozgłos. Reputację, która będzie pracować na twoją korzyść, jeśli będziesz wiedział, jak ją wykorzystać. – Wreszcie Silva usiadł w starym fotelu, z rękoma na kolanach. – Zdradziłem ci swoje plany zemsty na MI6. Prosiłeś mnie, abym tego nie robił, ale i tak mam zamiar. Wewnątrz możesz być moimi oczami. Jak zawsze byłeś. Możesz mi mówić, co się dzieje wewnątrz, a ja ci będę mówił, co się dzieje na zewnątrz, ostrzegał cię, byś był bezpieczny, oczywiście. Mówi się, aby trzymać wrogów blisko, prawda? Nigdy sobie nie uświadomią, że pracujemy razem. Nigdy się nawet nie domyślą, że się znamy. Nawet, jeśli byśmy spacerowali za trzymając się za ręce tuż przed ich nosami. Wystarczy chwila wysiłku, a zaufają ci całkowicie. Na zawsze.
Q myślał kilka minut nad odpowiedzią, a Silva był na tyle uprzejmy, aby dać mu czas. Siedzieli w milczeniu, a Q rozważał wszystkie dostępne opcje. Myślał o tym, jak jego życie zmierzało do tego punktu, myślał o tym, co chciałby robić w przyszłości, jak może wyglądać jego przyszłość, jeśli się nie zgodzi. Zastanawiał się, co by się stało, gdyby pracował dla rządu i gdyby wykryli, że spiskuje przeciwko nim. Trafiłby do więzienia? Nieomal zapytał Silvę, co by się stało, gdyby został złapany, ale wiedział, że ten prawdopodobnie tylko zacznie się śmiać. Więzienia dla niego nie istniały. Uwięzienie dla niego nie istniało. Nie było na świecie zamka, żadnej blokady, której nie mógłby otworzyć. Gdyby Q został uwieziony, szybko odzyskałby wolność… o ile Silva by go nie opuścił. I to była kolejna sprawa. Czy mu ufał? Zastanawiał się przez długi czas, ale wiedział, że prawdopodobnie nigdy nie znajdzie odpowiedzi.
- Będą przeprowadzali ze mną… rozmowę kwalifikacyjną? – zapytał w końcu.
- Najpierw będą cię śledzić – odpowiedział Silva. – A jeśli wydasz się wiarygodny i nie będziesz robić nic niegrzecznego, przynajmniej wtedy, gdy będą cię obserwować, przeprowadzą z tobą rozmowę kwalifikacyjną.
Q zamyślił się.
- No cóż – powiedział powoli. – Chyba nikt nie zaproponuje mi niczego lepszego.

*

Q po pierwszym spotkaniu z Jamesem Bondem wyszedł pierwszy i ruszył wzdłuż korytarza, zatrzymując się przed marmurami Elgina. Stanął koło Silvy udającego turystę, konesera sztuki. Było to bardzo podobne to jego niedawnego spotkania z Bondem. Obaj patrzyli przed siebie, mówili nisko i beznamiętnie, rozmawiając o tajemnicach strzeżonych przed resztą świata.
- Trzeba było pozwolić mu odejść pierwszemu – powiedział Silva, patrząc w miejsce, w którym byłyby umiejscowione oczy posągu, gdyby ten tylko miał głowę. – Niech myśli, że skończył z tobą, zanim ty skończyłeś z nim. To by mu pochlebiało.
- Pojawiłem się nagle i zniknąłem jak jakaś… magiczna wróżka od broni. – Q wzruszył ramionami. – To było dobre. Pewnie jest zaintrygowany.
Silva rzucił krótkie spojrzenie przez ramię i zadrwił:
- Jest zauroczony. Jeśli kiedykolwiek będzie próbował zbliżyć się do ciebie…
Q zachichotał, urywanie i cicho.
- Jeśli to zrobi – podkreślił Silva, jego głos zabrzmiał trochę głośniej. – Zmienię plan na taki, który będzie obejmował też urwanie mu chujka.
Q wyrwał się jeszcze głośniejszy chichot. Odwrócił się już, by odejść, pewien, że są bliscy zwracania na siebie niepotrzebnej uwagi, lecz po tym zdaniu ponownie zwrócił się w stronę Silvy, aby wyłożyć mu, co myśli o takich pomysłach... jednak nadal przy tym się uśmiechał.
- Wierzę, że on zostanie na twojej wyspie na zawsze, ale nadal uważam, że to zły pomysł. On jest wyjątkowo dobry w zabijaniu dużej liczby ludzi w pojedynkę. Prawdopodobnie jest bardziej niebezpieczny niż ktokolwiek, kogo spotkałeś wcześniej.
- Kruszynko… - Silva uśmiechnął się do niego, zanim odwrócił się, aby ponownie się wpatrywać w nieistniejące oczy marmurowej rzeźby. – Zapominasz, że on także nie spotkał wcześniej kogoś takiego jak ja. Planuję go naprawdę przestraszyć, zanim w ogóle wyjmę broń. Nie doceniasz, jak przerażający potrafię być, gdy zemsta jest w zasięgu ręki. Nawet przygotowałem specjalną przemowę dla niego.
Q zatrzymał się.
- Mógłbym ją usłyszeć?
- Jestem pewien, że Bond opowie ci wszystko. Gdy tylko wrócimy.

*

Silva roześmiał się, gdy Q przekazał mu, że ma jechać do Szkocji. Zaczął się śmiać jeszcze mocniej, gdy dodał, że powinien się kierować do dworku, w którym Bond spędził dzieciństwo. Serce Q nadal waliło mu w piersi, gdy zakończyli rozmowę. Minęło dopiero kilka godzin, odkąd Silva uciekł, a Q nigdy nie wierzył całkowicie, nie do końca, że mu się to uda. Ale udało się. Być może po prostu mieli szczęście.
- Ale ja nie mam pojęcia, co się stanie, gdy tam przybędziesz. To samowolka Bonda. Nie mam pojęcia, co planuje z M. Nie chcą mojej pomocy, pomijając sprowadzenie cię tam. Udaję, że zrobiłem coś naprawdę niesamowitego i skomplikowanego, abyś tylko ty mógł wpaść na trop. Ale postanowiłem po prostu zadzwonić i ci o tym powiedzieć. – Q uśmiechnął się smutno do odbiornika telefonu. – Ale nie mogę być już twoimi oczami. Czy to nie było moje jedyne prawdziwe zadanie? Teraz nie wiem, co będzie dalej.
- Dalej będzie to, że zwyciężę. I dalej zadzwonię do ciebie, gdy będę już bezpieczny. Zaczekaj po prostu te kilka godzin.
Kciuk Q już unosił się nad przyciskiem kończącym połączenie.
- Słynne ostatnie słowa – dodał. – Do zobaczenia, Tiago.
Silva zaśmiał się.
- Nie nazywaj mnie tak. Agentura nigdy nie zapomina, jak sądzę. Moje stare ja musi być teraz niezłym tematem plotek. A ty prawdopodobnie kochasz je bardziej niż ja.
- Wydaje mi się, że to imię brzmi lepiej.
- Kochasz go bardziej, niż ja – powtórzył Silva. – I nigdy go nie spotkałeś.
Q przełknął ślinę.
- Myślę, że spotkałem. Raz.
Wbrew rozsądkowi, wiedząc, że prawdopodobnie nigdy już z nim nie porozmawia, rozłączył się. Chciał, aby te słowa, i nic innego, brzmiały w uszach Silvy gdy ten zmierzał ku śmierci.