Ynez de la Vega 2
Dodane przez Aquarius dnia Marca 29 2014 08:45:32


Przemek zdążył przywyknąć do tego, że jest sam. W jego życiu nie zdarzyło się nigdy, by ktoś zechciał zostać z nim na dłużej niż noc lub kilka nocy. By ktoś, prócz Justine, martwił się o niego i dbał. Nawet matka, zimna, zasuszona kobieta, nie potrafiąca wyrażać uczuć inaczej niż przez gotowanie, a i to z mizernym skutkiem. Niespecjalnie dobrze wspominał domowe obiady. Stołowanie się w barze mleczym często wychodziło mu na dobre, w przeciwieństwie do maminej kuchni.
Zwykle wyglądało to tak, że gdy tylko jakiś, jakikolwiek mężczyzna przejawiał zainteresowanie jego osobą, Przemek nie zastanawiał się wiele i brał to, co niósł mu los. Los nie bywał dla niego często łaskawy, i zwykle łaskawość ta kończyła się już w klubowej toalecie. Czasem kończyła się u niego w domu. Raz go nawet okradziono, mimo że u Przemka mało co nadawało się na złodziejski łup. Było skromnie, odkąd pamiętał, w jego życiu zawsze było skromnie. Czy chodziło o jedzenie, o ciuchy, czy też o mężczyzn. Nigdy nie dane mu było zaznać luksusu większego niż podziw, jaki dostrzegał czasami, kiedy stawał się Ynez. Ale były to jedynie chwile, ułamki sekund, rozmywające się zbyt szybko, by mógł czerpać z tego zadowolenie i czuć się szczęśliwym.
Przywyknął już, że nie może zbyt wiele wymagać od losu, że nie ma co spodziewać się wielkich pieniędzy, egzotycznych podróży i przystojnych kochanków, którzy będą nim naprawdę zainteresowani. Przywyknął już, że nie ma sensu marzyć o rzeczach nierealnych.
Nie z twoją twarzą, stary, powtarzał sobie jak mantrę. Nie z twoim parszywym głosem a`la rozjechana żaba. Wstrętne, parchate żabsko. Nosz kurwa. Jesteś beznadziejny.
Niska samoocena również Przemkowi nie pomagała. Brał więc to, co niósł nieprzychylny mu los, nie zastanawiając się nawet, czy mógłby mieć kiedyś coś lepszego. Bo i po co, skoro sam uważał, że na to nie zasługuje?
Co zrobisz, skarbie, jak skończy ci się kasa? Jak wywalą cię z klubu? Pójdziesz robić na ulicy? A kto cię, kurwa, zechce? Charytatywnie ledwie cię chcą.
Matka, wdowa z dwudziestoletnim stażem, doskonale mu w tym myśleniu pomagała, co rusz komentując i wyzłośliwiając na nim swoją frustrację. Będziesz się smażył w piekle, mówiła, a on, chociaż dawno wyrósł już z wiary w piekło i niebo, w boga i szatana, popadał tylko w większe umysłowe odrętwienie.
Teraz działo się jednak coś dziwnego, czemu nie potrafił dać wiary. Działo się coś, co zdawało się przeczyć wszystkim doświadczeniom, jakie zdobył w ciągu całego swojego życia. Ktoś był dla niego zwyczajnie uprzejmy. Ktoś wyrażał chęć, by się nim opiekować.
Roberto zjawiał się przy jego łóżku na tyle często, że nie mogło wyglądać to na naturalną troskę o pacjenta. Przemek był w szpitalu zbyt krótko, by ktoś mógł uwierzyć w ich nagle zadzierzgniętą przyjaźń. Mimo tylu lat życia w zgodzie ze sobą samym, nadal bał się badawczych spojrzeń babć z łóżek obok, zniesmaczonych spojrzeń innych mężczyzn. Szczęściem, nikt go o znajomość z lekarzem nie wypytywał. Nie wiedział, co mógłby wtedy odpowiedzieć. Przyjaźnili się poza szpitalem? Niemalże widział swoją twarz czerwoną od zażenowania, swoje rozbiegane oczy, słyszał jak głupio, idiotycznie się jąka. Przemek nie potrafił kłamać, i bardziej niż ktokolwiek przejmował się zdaniem innych osób. Zupełnie przecież niepotrzebnie, bo nikt go o nic nie podejrzewał. Na oddziale wszyscy lubili młodego, włoskiego lekarza, zawsze serdecznego, zawsze gotowego do pomocy.
Nikt nie komentował, kiedy Roberto przyszedł do niego w trzecią, ostatnią noc pobytu w szpitalu, trochę po wieczornym obchodzie, i mimo że nie miał dyżuru, siedział przy jego łóżku dobrą godzinę, raz po raz dotykając jego ręki leżącej w pościeli. Sam Przemek był zbyt speszony, by zrobić cokolwiek. Patrzył jedynie, oblizywał spierzchnięte usta i czekał.
Rano odłączyli mu kroplówkę. Roberto nie było jeszcze na oddziale, więc pielęgniarka dała mu karteczkę z wytycznymi dotyczącymi diety. Nie wyglądało to kolorowo, i mężczyzna był przekonany, że na takim jedzeniu schudnie jeszcze bardziej. A już wydawało mu się, że przybrał trochę na wadze.
Psiakrew, kurwa, psiakrew!
Chciał wyjść z budynku i zapalić, mimo że wyraźnie zaznaczono mu, że nie może. Chciał, musiał, ściskało go na myśl o papierosie. W rzeczach przywiezionych mu przez Justine fajek oczywiście nie było. Poprosił stojącą przy popielniczce kobietę o poczęstowanie go. Zrobiła to niechętnie, na prośbę o zapałki jawnie już wzdychając. Zignorował to, mimo że zrobiło mu się głupio, podziękował, ponownie zignorował jej burknięcie. Chciał już tylko do domu.
- Hej, Przemek! - usłyszał za sobą, kiedy zmierzał przez parking, na skróty do przystanku autobusowego. Odwrócił się, od razu rozpoznając miękki, melodyjny akcent lekarza.
O nie, nie, nie. Tylko nie ty.
- Przecież mówiłem ci, że nie możesz palić – powiedział Roberto, bezceremonialnie wyjmując mu papierosa z ust i zagaszając go butem na ziemi. Przemek zdenerwował się, już chciał coś powiedzieć, zbuntować się na takie traktowanie. Nie był dzieckiem, żeby nim tak manewrować! Nikt nie miał pieprzonego prawa robić czegoś takiego! Jeśli chciał palić, będzie palić, i tyle! Zacisnął usta, nie powiedział nic, pokiwał głową.
Roberto był od niego niższy, kilka, może dziesięć centymetrów. Był za to ładnie zbudowany, miał zdrową, śniadą cerę o oliwkowym połysku, przyjemnie, mocno owłosione przedramiona, zadbane dłonie. Metroseksualny samiec z Rolexem na nadgarstku.
Chodzący, pieprzony ideał. Niech cię diabli.
- Hej – szepnął lekarz, widząc jego niewyraźną minę. - Głowa do góry. Trzymaj dietę, i wszystko będzie w porządku.
- Taa... No. Masz... Masz rację. Wszystko będzie w porządku – odparł niemrawo Przemek, nie wiedząc za bardzo, czego się do niego oczekuje. Co powinien teraz zrobić. Takie sytuacje nie przytrafiały mu się nigdy.
- Słuchaj... Mógłbym odwiedzić cię w domu? Darmowa, domowa wizyta, co ty na to? Sprawdziłbym przy okazji, czy pilnujesz posiłków – uśmiechnął się Roberto, całym sobą zachęcając go i wysyłając pozytywne fluidy. Jeśli to możliwe, Przemek stropił się jeszcze bardziej.
- Tak, jasne, jeśli tylko będziesz mieć czas...
Jak okazało się niebawem, Roberto był mistrzem w gospodarowaniu wolnym czasem.

***


Nie chodziło tylko o seks, jak początkowo wydawało się Przemkowi. Roberto był również mistrzem w adorowaniu – nie było takiego spotkania, by zjawił się u niego z pustymi rękoma, a zjawiał się nad wyraz często i chętnie. Przemek dawał się karmić wegańskim risotto, oddawał mu do dyspozycji swoją kuchnię, zjadał wszystko to, co mężczyzna dla niego ugotował – ani razu nie udało mu się zepsuć potrawy, co również było zaskoczeniem. Nie wiedział kiedy rozsmakował się w mlecznych deserach, mimo że nienawidził mleka, kiedy stał się fanem bananowego nektaru, kiedy toster i mrożonki na dobre opuściły jego dom.
Popalał jeszcze czasem, ale Roberto miał tak wyczulony węch, że nigdy nie udało mu się ukryć przed nim tego faktu. Dostawał reprymendę i czuł się jak smarkacz. Było mu wstyd.
Cholera, do jasnej cholery, nie jestem dzieckiem. Nie może mnie tak traktować. Co on sobie, kurwa, myśli? Nie będę się na to zgadzać. Nie. Nie, do diabła!
Pozwalał, by Roberto wyjmował z szuflady jego biurka schowane papierosy, łamał je i spuszczał w toalecie. Teatralność tych gestów odbierała mu czasem mowę. Potem pozwalał się karmić, czasami wprost do ust. Potem pozwalał się kochać. Zapał i zaangażowanie mężczyzny były niesamowite, były onieśmielające. Nie liczył nigdy, jak wielu mężczyzn mógł mieć w swoim życiu, bowiem prawie nigdy nie odmawiał i sam aktywnie szukał seksu. Teraz miał wrażenie, że spotkało go erotyczne objawienie. Roberto nie sposób było odmówić wrodzonego, naturalnego talentu, popartego zapewne solidnym doświadczeniem. Jakby tego było mało, Roberto był ciągle nim zainteresowany.
Nie zmieniało to faktu, że Przemek coraz częściej czuł się traktowany jak jego własność, co wcale mu się nie podobało.

***


- Czy ja się mogę komuś naprawdę podobać? - wypalił, kiedy leżeli razem w jego łóżku po wspaniałym, majestatyczny, jak sam często mawiał, satysfakcjonującym seksie. Palcem by już nie kiwnął, nawet gdyby ktoś go prosił. Był zwyczajnie zmęczony, śpiący. Nie chciało mu się nawet wytrzeć, mimo że kartonik z chusteczkami stał na taborecie za jego głową.
- Nie wystarczy, że mi się podobasz? - odpowiadał Roberto, gdzieś obok, w tym sypialnianym wszechświecie, którego ciszy nie mącił ani grający telewizor, ani tykanie zegara, a nawet nie sąsiedzi. Przemek patrzył od niechcenia na jego niewątpliwie, niepodważalnie przystojną twarz, po raz kolejny szukając w nim jakiejś wady. Nie potrafił znaleźć. Jego usta były cudownie opuchnięte, i przysiągłby, że zdrętwiałe. Uśmiechnął się do siebie mimo woli.
- Przecież... Przecież wiem, jak jest. Nie jestem jakimś, wiesz, przystojniaczkiem. Widzę siebie codziennie. Nie mam szczególnie ładnej buźki – zaśmiał się trochę gorzko, trochę z rozczarowaniem, ziewnął.
- Mam wymieniać, co mi się w tobie podoba? Kawałek po kawałku? - spytał Roberto, przysuwając się bliżej, wsparty na łokciach, z tym fantastycznym, mocnym zarostem i zupełnie czarnymi, wilgotnymi jak u psa oczyma.
- Możesz wymieniać. W końcu czegoś się o sobie dowiem – roześmiał się ponownie Przemek, nieporadnie, mając dziwne wrażenie, jakby był właśnie ze swoim pierwszym w życiu facetem, jakby nic, co miało miejsce w przeszłości nie było realne i teraz dopiero przeżywał swoją inicjację, swój pierwszy raz. Nie chodziło tu o ogrom romantycznych uczuć, raczej o poziom skrępowania i niedowierzania temu, co się dzieje.
- Uwielbiam twoje nogi. Widziałem je już, kiedy siedziałem wtedy na widowni, pod sceną. Twoje kostki i przeguby dłoni. Niewiarygodnie płynna mechanika ruchów. Kiedy idziesz, albo wykonujesz gesty dłońmi, jest w tym coś z baletmistrza. Tańczyłeś kiedyś? Wiesz, jak chodzą tancerze?
- Nie... Nie mam pojęcia – zaprzeczył ruchem głowy, uśmiechnął się szeroko. Niesamowitym było słuchać takich rzeczy na swój temat. Nawet jeśli w nie nie wierzył.
- Powinieneś wiedzieć, bo chodzisz zupełnie tak, jak oni. Robisz dłońmi to, co oni. O, patrz... Ja nie umiem. Tobie to przychodzi naturalnie. Może to jest kwestia twojego wzrostu? Rafael Santi nie namalował by piękniejszej skóry niż twoja. Takich melancholijnych oczu. Tego oczekiwania widocznego na twojej twarzy, jakbyś leżał tu całe życie jak bezwstydna driada z rozłożonymi nogami i czekał na swojego fauna. Jak leniwy, uległy, młody Dionizos. Tak? Powiedz, że tak jest. Czekałeś tu cały czas na mnie?
Przemek próbował utrzymać powagę, i szło mu to całkiem dobrze, ale po usłyszeniu, że jest „leniwym Dionizosem” zwyczajnie nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Śmiał się długo i serdecznie, raz po raz łapiąc się dłonią za brzuch, aż go rozbolał. Roberto wydawał się zbity z tropu, nie wiedział, co właśnie ma miejsce i nagła radość Przemka była dla niego dziwaczna.
- Chyba... Chyba to nie dla mnie – wydusił w końcu, kiedy udało mu się opanować śmiech. - Fajnie, że ci się podobam, i przyznam, że nikt nigdy mi takich rzeczy nie opowiadał... Ale wiesz, bez przesady. Nie jestem panną, żeby wiesz... Podobały mi się takie teksty. Wiem z grubsza, jak wyglądam. Wystarczy, że ciebie to kręci. Co i jak w szczegółach możemy sobie darować.
Roberto był niepocieszony, ale nie oponował też w żaden sposób. Przemek natomiast zdał sobie sprawę, że był to pierwszy raz, kiedy udało mu się postawić na swoim, wyrazić swoje zdanie, przekazać własną opinię, i o dziwo przyszło mu to całkiem gładko i naturalnie. Był z siebie więcej niż zadowolony.

***


- Serio mówisz, że karmi cię winogronami prosto do ust? Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić – parsknęła Justine, rozwalona na kanapie w jego klaustrofobicznie ciasnej jadalni, czekając, aż Przemek wyjdzie z pokoju i pokaże się jej w nowym stroju, który dostał od Roberto.
- Winogrona... Truskawki w czekoladzie. I szampan. Brakuje tylko pawiego pióra. A potem fellatio, sesso, abbraccio. Widzisz? Uczę się nawet języka – zaśmiał się pogodnie, oglądając po raz setny swoją sylwetkę w lustrze.
- Długo jeszcze? Co ty tam na siebie zakładasz? - spytała, lekko zniecierpliwiona.
- Wierz mi, że cholernie niewiele – odparł Przemek, by po chwili stanąć przed harmonijkowymi drzwiami kuchni w całej niemal krasie.
- O Jezu... - szepnęła Justine.
- Strój na plażę, signora.

***


Przyjmowanie lekarstw i odpowiednia dieta sprawiły, że szybko zaczął przybierać na wadze. Nie było to jakieś spektakularne, ale dodatkowe parę kilo odłożone na brzuchu ładnie pokryło wcześniejszą, anorektyczną niemal chudość. Pokryło wystające żebra i ostry, wyraźny kręgosłup. Teraz wiedział już, czemu miał takie problemy z wagą. Wszystkiemu winne były wrzody. Teraz również uświadomił sobie, że dbanie o własne ciało wcale nie musi być takie trudne i kosztować go masę wyrzeczeń.
Przypuszczał jednak, że gdyby pewnego dnia jego romans z Roberto dobiegł końca, nie miałby już ochoty na restrykcyjne diety i regularne branie leków. Pierwszym, co by zrobił, było by zapicie się w trupa i wypalenie paczki fajek. Za całe te trzy miesiące, kiedy lekarz mu tego zabraniał.
Przemek wiedział, że kiedy skończy się ten przyjemny, miodowy okres, kiedy znowu zostanie sam, automatycznie wróci do swojego starego życia, do autodestrukcji, która wydawała się jedyną znaną drogą, jedynym rozwiązaniem. Żyj szybko, umrzyj młodo. Nie pamiętał, skąd zna te słowa. Wiedział jedynie, że są one cholernie prawdziwe. Życie samo w sobie nie miało wiele sensu, i różnica między spędzeniem go w nadmorskiej willi a przećpaniem w ciasnej kawalerce była pomijalna i dotyczyła jedynie jakości. Nawet nie zadowolenia, bowiem wątpił, czy byłby w stanie być szczęśliwym zamknięty w hacjendzie na plaży. Czy w ogóle jest zdolny do odczuwania szczęścia. Żadne z tych rozwiązań nie niosło finalnie nic, co można by uznać za sens i wartość przewodnią. Dawno już przestał czuć się z tego powodu oszukany.
Jeszcze gorzej sprawa miała się z finansami – oszczędności jakie miał, dawno już stopniały, jako Ynez nie miał powrotu do klubu, ze względu na swój ostatni wybryk. Na rodzinę liczyć nie mógł, miał przecież tylko matkę, i niechętnie ją odwiedzał. Co prawda Roberto stołował go niemal ciągle, ale trzeba było jeszcze opłacić czynsz i rachunki – tu problem robił się poważny. Justine pożyczyła mu gotówkę jeden i drugi miesiąc, potem sam zaczął się tego wstydzić i odmówił dalszej pożyczki.
Miał wrażenie, że nikt, nigdzie go nie chce. Że zamiłowanie do używek i własny homoseksualizm ma wypisane na twarzy, i to właśnie sprawia, że ludzie odsyłają go z kwitkiem.
Potem, zupełnie niespodziewanie, dostał pracę w Sephorze. Co prawda za najniższą stawkę, ale ciągle istniała szansa, że będzie w stanie opłacić rachunki i powoli oddać swój dług zaciągnięty u Justine. Jeśli bardzo by się postarał, zostało by coś na życie – ekstremalnie skromne, ale jednak samodzielne. A to było przecież najważniejsze.
Powoli docierało do niego, że nie da rady utrzymać swojej biednej, maleńkiej kawalerki, że musi się wyprowadzić, i to jak najszybciej, bo prędzej zdechnie z głodu niż wydoli finansowo. Myślał o tym długo przy porannej herbacie, w końcu zdecydował się i zadzwonił do właściciela, by poinformować go, że chce złożyć wypowiedzenie.
Justine nie była szczególnie zadowolona, ale w efekcie poklepała go tylko po ramieniu i powiedziała, że w sumie nie ma nic przeciwko, żeby znowu spali jakiś czas w jednym łóżku. Zima blisko, można będzie zaoszczędzić na ogrzewaniu.
Roberto nie miał oczywiście pojęcia o jego problemach, nie wykazywał specjalnego zainteresowania jego życiem ponad wyrafinowaną adorację i seks. Kiedy pytał, czym Przemek się dziś zajmował, ten odpowiadał przykładowo, że czytał cały dzień Pratchetta, i była to dla Roberto odpowiedź wystarczająca. Nie mógł mieć mu tego za złe. Nie oczekiwał niczego więcej. Nie powiedział mu również, że zamierza się wyprowadzić, że będzie znowu mieszkał z Justine jak w czasie studiów, że to maleńkie, przytulne gniazdko na Krzykach przestanie być już miejscem ich spotkań. Wątpił, by mężczyzna był w stanie to zrozumieć. By zrozumiał rozpacz i smutek, jakie budziło w nim życie.
Brakowało mu Ynez. Tęsknił za nią, za występami na scenie, za podziwem i brawami, nie odnajdywał w sobie jednak zapału, żeby poszukać innej pracy w charakterze drag qeen. Peruka, nieużywana od paru miesięcy, wisiała jak smętny skalp na lustrze w pokoju. Miał ochotę wyrwać jej włosy i cisnąć ją na ziemię. Miał ochotę rozczesać ją, założyć powoli i ponownie zobaczyć w sobie Ynez. Kogoś lepszego, kim nigdy nie mógłby się stać jako Przemek.
Roberto wyczuwał jego nastrój i starał się w dwójnasób poprawić mu humor. Nie było to znowu takie trudne, Przemek rzadko kiedy był w stanie utrzymać żelazną powagę, śmiał się więc i żartował, nie panując nad mrużeniem oczu i garnąc się do niego zupełnie instynktownie.
Kurze łapki ci się, kurwa, robią. Stara, brzydka cioto.
Do wyprowadzki zostały mu jeszcze trzy tygodnie. Nie wiedział, jak rozwiąże później kwestię spotykania się z mężczyzną, ale nie był też typem osoby, która przejmowała się nadmiernie przyszłością. Miał swoją pracę w drogerii, gdzie było całkiem sympatycznie i niewymagająco, miał zaklepany kąt u Justine, ze zdrowiem też było już coraz lepiej. Od ponad trzech miesięcy spotykał się z jednym mężczyzną. Miał w końcu stałego partnera. Sam nie potrafił w to uwierzyć.
Nic jednak, co dobre, nie mogło trwać wiecznie.

***


Roberto chętnie zabierał go na spacery do parku południowego albo do ogrodów przy Hali Stulecia. Było to miłe doświadczenie, tym bardziej, że nikomu wcześniej nie chciało się urządzać sobie z Przemkiem romantycznych spacerów, w których skład wchodziło obowiązkowe karmienie ptactwa, ukradkowe trzymanie się ze ręce i jeszcze bardziej ukradkowe całusy. Przemek nie chciał się angażować emocjonalnie w tą znajomość, nigdy zresztą nie popierał emocjonalnego podejścia do jakiejkolwiek rzeczy, teraz jednak popłynął, sam nie wiedział kiedy.
Może chodziło właśnie o to, że lekarz był jego pierwszym, stałym partnerem. Może o to, że był przystojnym mężczyzną z klasą, wspaniale gotował i robił to tylko dla jego przyjemności. Może wynikało to z faktu, że był kochankiem doskonałym. Przemek nie wiedział, bronił się przed tym jak mógł, ale w końcu poległ zupełnie.
A potem okazało się, że kontrakt Roberto właśnie się kończy i za parę dni wraca do domu, do Mediolanu. Przemkowi do wyprowadzki zostało również mniej niż tydzień czasu.
Do Mediolanu? Do jakiego, kurwa, Mediolanu?! To jest jakiś pierdolony żart? Jaja sobie ze mnie robisz?
Lekarz był poważny, może trochę zasmucony. Próbował go pocałować. Przemek uniknął jego dłoni i ust, wywinął się z uścisku, zacisnął ręce w pięści. Wiedział, od początku wiedział, że tak to się skończy.
Jakby nie mógł mi powiedzieć od razu!
Justine słuchała go cierpliwie, zrobiła herbaty, a wieczorem, kiedy Przemek był i tak zbyt pobudzony, by zasnąć, pomogła mu przewieźć te nieliczne rzeczy, które miał w mieszkaniu. Nie chciała, żeby siedział teraz sam. Wiedziała, jak to może się skończyć. Na wspomnienie przyjaciela wymiotującego krwią miękły jej kolana.
- Przemek, skarbie, wszystko będzie dobrze. Wszystko się ułoży. Zaczniemy od początku, tak jakbyśmy znowu na studiach byli. Będziemy sobie razem mieszkać, gotować obiadki, robić pranie, czytać książki. Będziemy chodzić na zakupy i na imprezy. Słyszysz? Zrobimy sobie maraton LOTRa i będziemy spać do szesnastej. A potem zaczniemy nowe życie. Od nowa, jak kiedyś.
Sama nie przypuszczała, że przyjaciel tak bardzo załamie się tym rozstaniem, że tak mocno go to ruszy. Niczego przecież po sobie nie pokazywał. Teraz również domyślała się, że to co widzi jest jedynie czubkiem góry lodowej. Apatia i przygnębienie Przemka nie miały końca.

***


Wszystko pewnie wróciłoby na dawne tory, gdyby nie list, który przyszedł na jego stary adres parę tygodni później. Dawny właściciel dał mu go z nietęgą miną, mówiąc, że stempel ma już chyba z miesiąc, ale nie przyszło mu wcześniej do głowy, by zaglądać do skrzynki.
W środku była kartka, kilka słów nagryzmolonych na eleganckiej papeterii. Był też login i hasło do skrzynki pocztowej.
Zalogował się, pełen złych przeczuć. Spodziewał się wszystkiego, co najgorsze.
Na poczcie znajdował się plik z biletem lotniczym do Mediolanu. Wylot – dziś wieczór.