Parszywe życie
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 02 2011 22:10:16
Parszywe życie...

Tak pewnie mówisz codziennie rano, wstając o piątej, a niekiedy nawet wcześniej, by zdążyć do kliniki.

Jesteś lekarzem. I to wybitnym. Dużo zarabiasz, teraz masz piękną żonę i synka, jesteś młody. Całe życie przed tobą.

A ja...

Jestem tylko kolejnym pacjentem, którym przyszło Ci się opiekować. Zapewne przez czysty przypadek. W 'pokoju socjalnym' żartowaliście z innymi lekarzami, śmialiście się, lub opowiadaliście, co się akurat zdarzyło na tym czy innym dyżurze. Ktoś Cię poprosił, byś wziął 'tego dzieciaka spod szóstki', a gdy spytałeś, co mu jest, usłyszałeś 'to, co zwykle, plus nastoletnia depresja'. Pewnie skrzywiłeś się na samą myśl o użeraniu się z zakompleksionym gówniarzem z nieustającym dołem po zabawach ze środkami odurzającymi. Ale zgodziłeś się, bo jesteś z natury dobry i lubisz pomagać... Nawet tak beznadziejnym przypadkom jak ja.

Sala jest pusta. Nawet pielęgniarki rzadko tutaj zaglądają. Na pamięć już znam biel ścian. Każde załamanie światła, nawet drobinki kurzu są takie same.

I ta cisza. Przerywana tylko moim nierównym oddechem, mącona zszarganym strumieniem mych nienormalnych myśli. Bo teraz już wiem, że były nienormalne. Sztab psychologów i psychiatrów po swojemu wpajał mi, że jestem dziwakiem. Wybrykiem natury. I to nie tylko, dlatego, że miewałem doły dłuższe, niż chwile radości pomiędzy nimi. Ponieważ jestem inny. Ponieważ kocham inaczej niż oni, niż ci mądrzy psychologowie po studiach i drogich kursach przygotowawczych do pracy z trudną młodzieżą. Ponieważ 'wolę chłopców'.

Jakimś cudem moi rodzice zaakceptowali to. Wiedzieli o tym. Ojciec nie popierał mnie, ale nie okazywał wrogości, z czasem nawet on by się przekonał.

Jednak nie zdążył.

To nie jest zwykły szpital. To klinika leczenia uzależnień imienia świętego Jacob'a.

Moje życie w pewnym momencie się posypało. Straciłem kogoś, kogo kochałem, przez co przestałem się przejmować szkołą i nie zdałem do następnej klasy... Niedługo po tym ojciec zginął w wypadku samochodowym. Mama zamknęła się w sobie, nie odzywała się miesiącami, nie interesowała się mną, swoim życiem, niczym. Opiekowała się nami siostra ojca, Alice.

Zostałem sam. Alice nie przejmowała się mną, czy moją edukacją, mówiła, że jestem już praktycznie dorosły i mam sam dbać o siebie.

Więc dbałem...

Jednak chyba niezbyt udolnie.

Wpadłem w dziwne towarzystwo. Emo. Wydawali się całkiem do rzeczy, myśleliśmy w podobnych klimatach, nawet miałem krótki romans z jednym z tych kolesi. Okazało się, że oni potrafią się śmiać. Nie są cały czas zdołowani, ani nie mówią non stop o śmierci. Bawią się, tyle, że po swojemu, jak to określił mój Josh.

Pomagają sobie.

Jedni wbijają igły w żyły, inni rozpuszczają tabletki pod językiem lub wcierają coś w dziąsła. Jednak efekt jest ten sam. Drastyczna poprawa humoru.

Tylko, że potem następował jeszcze szybszy spadek nastroju... A wtedy brało się więcej.

I więcej.

Więcej...

Więcej, niż każdy z nas mógł wytrzymać.

Wielu nie wytrzymało.

Patrzyłem, jak moi, tak zwani, przyjaciele umierają. Jeden po drugim, padają jak muchy. Widziałem dziewczyny w objęciach grubych, starych, obleśnych facetów, którzy za chwilę osobliwego towarzystwa dawali pieniądze, na kolejny strzał, oczywiście.

Nawet chłopaki sprzedawali swoje ciała...

Potem zarzygani, oboleli leżeli pod ścianą, nawet nie siląc się na wyjęcie strzykawki z przedramienia ściśniętego paskiem od spodni.

Nie zniechęciło mnie to wcale. Liczyła się tylko kolejna dawka.

Było mi dobrze, gdy mogłem zabawić się z przyjaciółmi.

A wtedy obudziła się moja matka.

Po tak długiej nieobecności zaczęła wypytywać, co u mnie, obsesyjnie niemal o mnie dbać.

Stało się to dość kłopotliwe.

Jakimś cudem odkryła, co robię całymi dniami. Z kim spędzam czas. Jak zarabiam na kolejne dawki...

Może zorientowała się po brakach w domowym sprzęcie, po pustej kasetce na jej biżuterię, prezentów od taty, po braku drogich perfum Chanel, które dostała kiedyś na urodziny.
Pamiętam, że były to jakieś okrągłe, trzydzieste, czy coś. Ładnie pachniały. Perfumami.

Nie była głupia. Złożyła wszystko do kupy i tak oto jestem w tym śnieżnobiałym pokoju.

W oknie kraty, nie mogę nawet sam uchylić tego okna. Nie ma klamek. Nie ma pieprzonych klamek.

Gdy mnie tu wsadzili, bałem się nawet ruszyć. Leżałem tylko wpatrując się w sufit i ucząc się na pamięć każdego świetlnego załamania.

A potem wszedłeś tutaj Ty.

Z zawodu psycholog, wszyscy mówią, że masz genialne podejście do dzieci. Do młodzieży. Potrafisz dogadać się z każdym.

Mam osiemnaście lat. Ty jakieś dwadzieścia cztery.

Wszystko utrudniasz.

Detoks boli jak sami diabli, fizycznie i psychicznie, a Ty patrzysz na mnie niewzruszenie i mówisz, że to dla mojego dobra i że to minie. A potem będzie już z górki. Uśmiechasz się i czasem pozwalasz sobie na jakiś czuły gest - głaszczesz mnie po zimnym, zroszonym potem czole, policzku. Głowy nie dam, ale kiedyś chyba poczułem Twoją dłoń na moich ustach...

Z narkotykowego ciągu wychodzę nadzwyczaj szybko. Nawet Ty się dziwisz. Zawsze miałem silny organizm. Chyba jednak odbiło się to na mojej psychice, która, delikatna jak chińska porcelana, kruszy się i łamie pod najmniejszym nawet naporem.

A teraz leżę. Leżę i patrzę na oświetlony jasno sufit, zapamiętuję słoneczne refleksy i myślę. Myślę o Tobie.

Uczucie ciężkości na umyśle nie opuszcza mnie od dłuższego czasu. Mam tak zwany 'zjazd'.

Udaje mi się nie spać.

Przed utratą świadomości trzyma mnie tylko myśl, że przyjdziesz. Że uśmiechniesz się do mnie i pochwalisz za postępy. Albo rzucisz smutny uśmieszek i powiesz, że nie jest najlepiej. Ale będziesz tutaj.

Zawsze bałem się snu. Nigdy nie był dla mnie czymś w rodzaju odpłynięcia, zapomnienia o problemach, bezpieczną krainą osamotnienia... Był śmiertelną pułapką, z której mogłem nie wyjść cało. Czasami nie spałem po kilka dni z rzędu, bo bałem się, że się nie obudzę. Że coś w nocy się stanie i nie będę mógł zobaczyć świata takim, jaki jest. Że nie będę mógł wziąć kolejnej dawki...

Tutaj śpię, mimo, że nie chcę. Dajesz mi jakieś leki, które sprawiają, że śpię nie śniąc. To wygląda mniej więcej tak, że zamykam oczy, a potem otwieram je, nie zdając sobie nawet sprawy, że upłynęła cała noc.

Nagle drzwi, zamknięte od dłuższego czasu, otwierają się. Jednak Ciebie tam nie ma... Spodziewałem się Twojej uśmiechniętej twarzy. Chciałem zobaczyć idealną sylwetkę skrytą pod połami kitla.

Ale tam stał jakiś facet. Facet, bo inaczej nie da się tego określić. Nie Ty. Z pewnością nie Ty.

On był gruby. Niedokładnie ogolona twarz spływała potem. Świńskie oczka świdrowały mnie i całą, nieskazitelnie białą salę, gdy ocierał gębę flanelową chusteczką. Nie dorastał Ci nawet do cienia...

- Ryan?

Nie.

- Doktor Weller nie mógł dzisiaj przyjść do ciebie. Właśnie rodzi mu się synek.

Łżesz.

- Jak tam się czujesz? - Obleśny typ, podobny tym, u których zarabialiśmy z chłopakami ciałem na kolejne działki, przysiadł na krześle obok mnie. Na niewielkim stołeczku, na którym zawsze Ty siadałeś i rozmawiałeś ze mną.

Ale teraz Ciebie tam nie ma. Siedzi tam, ledwo mieszcząc swój wielki, spocony tyłek, na Twoim krzesełku. I wgapia we mnie te swoje maleńkie oczka. Oczekuje odpowiedzi.

Nie będę rozmawiał z nikim, prócz Ciebie. Nie miałoby to sensu. Mijałoby się z celem. Moim celem.

Minęło kilka minut. On nadal nerwowo ocierał twarz mokrą już chusteczką pot ze świńskiej twarzy.

- Dziwne, Nick twierdził, że jesteś bardzo rozmowny i że niedługo masz szanse na opuszczenie ośrodka. Widzę jednak, że się pomylił...

Nienawidzę tego faceta. Jego głosu. Jego smrodu. Czemu Ciebie tu nie ma? Za co muszę patrzeć na ten wór sadła, zamiast na Ciebie? Na Twoje śmieszne, roztrzepane jasnobrązowe włosy, gładką, zadbaną twarz i piękne oczy.

- Ryan, tak? - Doktor Wieprz po raz kolejny zajrzał do mojej karty pacjenta. - Zaczniesz uczęszczać na terapię grupową z innymi pacjentami. Nick nie będzie miał teraz czasu na zajmowanie się chorymi, rozumiesz chyba, że musi zajmować się swoim synem i żoną.

Łżesz psie. On wróci. Do mnie.

- Teraz odpocznij. Pielęgniarka przyjdzie do ciebie o szóstej i zabierze cię na pierwszą sesję. Obowiązki Nicka teraz przejmę ja. Do zobaczenia, Bryan. - Jego malutkie, ginące w zwałach tłuszczu oczka omiotły jeszcze raz pomieszczenie i zniknęły za drzwiami. Białymi drzwiami.
Ciche, pogardliwe prychnięcie wyrwało się z mojego ściśniętego żalem gardła.

Bryan.

Ty nigdy byś nie pomylił mojego imienia. Wiem to. Przywiązałeś się do mnie, tak jak ja do Ciebie. Sam przecież mówiłeś, że spędzasz u mnie dużo więcej czasu niż u innych swoich pacjentów. Wtedy współczułem innym dzieciakom, że najlepszy doktor na oddziale nie ma dla nich czasu, ale jednocześnie niezmiernie cieszyłem się, że jesteś ze mną. Teraz jeszcze bardziej szkoda mi było tych dzieciaków, jeśli reszta lekarzy była jak ten przed chwilą. Jednak najbardziej żal mi było siebie... Siebie i swojego serca. Pękniętego na pół.

Mówiłeś o swojej żonie. Dużo o niej mówiłeś, jednak wiedziałem, że to nie może stanowić dla nas żadnej przeszkody. Nie dla Nas.

Wiedziałem, że była piękna.

Kiedyś nawet przyszła... Przyprowadziłeś ją tutaj, trzymając za rękę i uśmiechając się o wiele radośniej, niż przez te godziny ze mną. Bolało. Jednak cieszyłem się, że aż tak mi ufasz.

Wtedy była jeszcze w tak mało zaawansowanej ciąży, że trochę wystający brzuszek wziąłem za lekką nadwagę.

A teraz masz synka. Malutkie dzieciątko. Kolejną osobę, o którą dbasz. Którą kochasz. A którą nie jestem ja...

Znów białe ściany, białe drzwi, białe okna... Białe myśli i niewidzące spojrzenia.

I nie ma Ciebie. Nie odwiedzasz mnie już, od tak dawna nie widziałem Twojej twarzy... To już tak długo. Wiesz, myślałem, że nigdy nie zapomnę o Tobie, jako osobie. Jako mężczyźnie, którego pokochałem. I kocham do tej pory...

Ale, mimo wszystko, teraz trudno jest mi przywołać w głowie obraz Twojej, na swój sposób pięknej twarzy. Wielkich, ufnie spoglądających, brązowych oczu. Lekko przydługich, bo nigdy nie miałeś czasu iść do fryzjera, równie czekoladowych włosów, połyskujących czystym złotem.



***



Dopisek wieńczący ostatnią książkę Ryana Jouy'a.

Wiesz, wyszedłem z Ośrodka Dla Uzależnionych Imienia Świętego Jacoba już dawno. A to jest już moja trzecia książka. Jednak pierwsza, którą ośmieliłem się poświęcić mojej przeszłości. A jesteś jej nieodłączną częścią. Gdyby nie ty, Nickolasie Wellerze, nigdy nie wyszedłbym z nałogu. Nigdy nie napisałbym żadnej książki. Nigdy nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj. Dziękuję.

Mimo wszystko popełniłem tę pozycję tylko dla uświadomienia społeczeństwu tragedii platonicznej miłości...

Ryan Jouy tuż przed wydaniem ostatniej z jego bestsellerowych książek zginął śmiercią tragiczną w katastrofie lotniczej. Niech to będzie ostatni hołd dla tego wspaniałego pisarza.

Wydawnictwo Weller&Company